poniedziałek, 17 lutego 2020

#5 Plemnik

Jestem. Niestety. I zastanawiam się, dlaczego najsilniejszy plemnik, który wygrał wyścig o życie, tak bardzo pragnie śmierci? I jak to możliwe, że ten niby najsilniejszy plemnik jest tak słaby i zburzony? 
Mam ciężkie dni. Tak bardzo ściska mnie konieczność istnienia. Kusi perspektywa zniknięcia. A praca magisterska czeka. 

Moja waga wynosi około 60 kg i w ostatnim czasie jestem dla siebie zbyt dobra pod tym względem. 

niedziela, 12 stycznia 2020

#4 sinusoida

Moja waga jest jak mój border - sinusoida. 
Święta mnie trochę rozbiły, potrzebowałam kilku dni żeby wrócić do normy
i wagi "przed wigilią", i nadszedł Sylwester... Okazał się być o wiele gorszy od wigilii i do teraz nie mogę się po nim pozbierać. Wciąż chcę jeść, jeść, żreć.  A od czasu do czasu umrzeć.

czwartek, 19 grudnia 2019

#3 i am lost

Nie zaktualizowałam swojej wagi ani wymiarów w poprzednią niedzielę
i w przyszłą też tego nie zrobię. Na szczęście nie muszę nikogo przepraszać, bo nikt mnie nie czyta *hehe śmiech przez łzy* Od zeszłej soboty do przyszłego poniedziałku jestem w pracy poza domem. I już od prawie tygodnia nie mam dostępu do wagi! :o aczkolwiek ani razu przez ten czas nie zjadłam obiadu, funkcjonuje na jogurtach i jabłkach (oczywiście maksymalnie po jednym dziennie). Niestety przez ostatnie dwa dni byłam zmuszona zjeść na śniadanie kanapkę ze sklepu, bo miałam zbyt silne zawroty w głowie i ciemno przed oczami. Coraz bardziej boję się świąt
a zwłaszcza wigilii, gdy jedzenie jest wręcz bezdyskusyjnym obowiązkiem...

A jak Ty to przeżyjesz? 

czwartek, 12 grudnia 2019

#2

Witaj Próżnio...

Trochę mi przeszła tęsknota za jedzeniem. Powoli zaczynam odbierać je jako zagrożenie.  

Miało być stopniowo, powoli... A już jem tak mało, że nie wiem czy przekraczam dziennie 300 kcal. Mój organizm nie jest zadowolony. Zaczęłam spać pod dwoma kocami i kołdrą i wciąż czuję zimno - skutki zbyt małych dostaw energii. Oczywiście towarzyszą mi też zawroty głowy przy szybkich ruchach. Staram się jednak pić dużo wody i herbaty. 

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się po sobie tak silnej restrykcyjności. Gdy tylko mogę, moim jedynym posiłkiem jest śniadanie a później jogurt lub jabłko, ewentualnie banan. W dzień jako tako nie odczuwam już głodu, ale towarzyszy mi gdy nie mogę długo zasnąć - minie. 

Wczoraj musiałam zjeść obiad z rodziną. Całe szczęście, że mam psa,
w którego można co nieco przemycić! Przeraził mnie jednak mój strach przed tym, co miałam na talerzu. Było tego bardzo niewiele, ale czułam się okropnie wkładając mięso i ziemniaki do ust. Kroiłam na maleńkie kawałeczki i miałam ochotę się rozpłakać. 

Moje założenie co do wagi było bardzo mało optymistyczne i wnoszę poprawkę. Zamiast poniżej 65 kg do końca miesiąca, stawiam sobie cel poniżej 60. Już dzisiaj waga pokazała mi 64,8. Zdaję sobie sprawę, że na początku leci bardzo szybko w dół, wychodzę z tego obżarstwa - po prostu nie jem i każdego dnia tracę prawie pół kilo, ale niedługo będzie się to normowało, aż pewnie się zatrzyma. Wtedy mam zamiar dołożyć ćwiczenia fizyczne, bo jak na razie prowadzę bardzo mało aktywny tryb życia. 

Odczuwam dziś silne myśli autodestrukcyjne, ale wiem, że wiążą się one
z wczorajszą wizytą u psychiatry i borderem. Nie będę się na razie na ten temat rozpisywać. 

Wiem, że nikt mnie nie czyta i jest mi z tego powodu źle. 

Dobranoc

niedziela, 8 grudnia 2019

#1, broken heart

No hej! 

Na pewno wiesz jak to jest dostać kosza, zostać porzuconym, rozstać się 
z Miłością lub "miłością" swojego życia, - jeśli nie, to prawdopodobnie wszystko przed Tobą. 
Ja jestem właśnie w tym punkcie. Zakończyłam wczoraj swój długoletni związek z jedzeniem. Choć była to burzliwa miłość (nieraz zbyt pochłaniająca finansowo),- zawsze odwzajemniona, pełna zrozumienia i oddania. Czekała, słuchała, pocieszała i nie oceniała. Przyznaję, że był to bardzo zgodny team, czego nie mogę powiedzieć 
o rozstaniu. Podjęłam decyzję i odeszłam, nie słuchając jak próbuje mnie zatrzymać. 

                           Znalezione obrazy dla zapytania chude dziewczyny

Dzisiaj właśnie taka metafora zrodziła się i rozrosła w głowie. Czuję się jak po realnym rozstaniu z kimś/ czymś mega ważnym w życiu. Dotykają mnie wszystkie symptomy, które atakują po zerwaniu  z ukochanym - chcę zadzwonić, lamentować, że zmieniłam zdanie, prosić by o wszystkim zapomniał i by było jak dawniej. Przed  obiadem wypiłam szklankę wody, ale nijak nie sprawiło to poczucia sytości. Pewnie mam rozepchany żołądek
i musi minąć trochę czasu, aby się skurczył. Niemal cały dzień myślę
o jedzeniu, o tych szufladach w kuchni, które wypełnione są, - jak na złość po brzegi - rozmaitymi pysznościami. A ja żuję gumę i piję czerwoną herbatę. Nie potrafię ocenić ile dziennie kalorii dostarczałam do tej pory organizmowi, ale wiem, że od wczoraj ich ilość drastycznie spadła. 

Mimo wszystko, choć nie potrafię przestać myśleć o mej utraconej miłości - jedzeniu, całkiem dobry mam dziś bilans: 

śniadanie: kromka chleba z szynką (bez masła)
obiad: makaron z piersią z kurczaka (myślę, że jakoś 1/3 zwyczajowej porcji)
przekąska: jogurt o smaku kiwi

Nie jadłam jeszcze kolacji i być może będę w stanie powstrzymać się od niej. Jeśli nie, to pewnie zjem kromkę chleba z plasterkiem szynki lub bez. Najtrudniej będzie mi zrezygnować z wieczornego piwka i alkoholu ogólnie. Z chwilowej utraty świadomości, zmienionego myślenia... 

Jeśli chodzi o moje wymiary i wagę: Myślę, że będę robić aktualizacje co niedzielę.
W tym tygodniu moja waga wahała się między 67 a 69 (:o). Ponieważ wczoraj byłam praktycznie na samych bananach i paluszkach dzisiaj rano było już lepiej. Moja wymarzona waga to poniżej 50, ale nie wiem czy jest to możliwe przy mojej budowie ciała i kościach. Cel jaki stawiam sobie do końca miesiąca to na pewno poniżej 65 kg.

I tydzień 

wzrost: 166
waga: 66,1 kg